19 stycznia 2017

Prolog

Dziecko uratowane z płomieni


Nad miastem unosiła się ciężka chmura przysłaniająca piękno błękitnego nieba. I wbrew temu, co wielu mogło z was sądzić, nie zwiastowała ona deszczu, nie zwiastowała burzy ani nawet śniegu, była bowiem kłębem duszącego dymu wydobywającego się z płonącej niczym zapałka kamienicy pomiędzy ulicą Keene a Eversona. W tej okrytej złą sławą dzielnicy biedy i rozpusty, dlatego nikogo nie zdziwiło, że płonie budynek, że coś złego się dzieje, bo w końcu co mogło dziać się w złej dzielnicy? „Na pewno nic dobrego”, rzekłoby wielu, chociaż to krzywdząca opinia, ponieważ nie każdy był tutaj zepsuty jak te dzieci z rozbitych rodzin błąkające się po zmroku z butelkami alkoholu w dłoniach, stanowiące wizytówkę tego miejsca.
Tłum ludzi zebrał się wokół spoglądając jak z masywnych wozów strażackich tryskają strumienie wody tak silne, że języki płomieni słaniały się przed nimi wchodząc głębiej w korytarze, skąd próbowały wyjść na zewnątrz, żeby dosięgnąć kolejnego budynku pełnego tajemnic, sekretów, złamanych obietnic o lepszym jutrze. Walka była ciężka, a akompaniowała jej smutna muzyka, jęki ludzi, którym w tym momencie świat się zawalił, ich niewielki świat, który wypełniała radość z małych rzeczy, drobnych sukcesów, które gwarantowały pozorne szczęście. Wszystko co mieli spoczęło w rozgrzanej wodzie, w zniszczonych doszczętnie mieszkaniach bez drzwi.
Wydawało się, że to już był koniec tragedii, że po spalonym dorobku nie dało się stracić już nic więcej, że szczęściem był fakt, że nie zginął żaden z mieszkańców, ale coś przedarło się przez natężający się hałas.
- Słyszę płacz dziecka! – wykrzyczał jeden ze strażaków tak głośno, że od napięcia zabolała go szyja. – Tam jest dziecko!
Powtórzy nawoływania zbierając na siebie zszokowane spojrzenia mieszkańców. I zaczęły się rozmowy, domysły, teorie niemal spiskowe. „Przecież tam nie było żadnego dziecka, nikt nie miał niemowlęcia”, rozbrzmiały głosy. Każdy wodził niespokojnie wzrokiem po gorejących ścianach budynku, do którego wejście mogło zwiastować śmierć. Ogień, pomimo nieustannej walki, wciąż energicznie tańczył w korytarzach budynku, a płacz dziecka coraz wyraźniej docierał do uszów niedowiarków. „Faktycznie tam jest”, pomyślało wielu zebranych.
I pomimo, że nie padła żadna decyzja, że nikt nie wydał rozkazu, bo chociaż życie nieznanego dziecka było ważne, wysyłanie człowieka wprost w paszczę pełną ognistych zębów byłoby okrutnym czynem, to znalazł się śmiałek, dla którego ratunek niewinnej istoty okazał się ważniejszy niż jego własne życie.
Eric Peyton wykazał się prawdziwym męstwem, gdy w ułamku sekundy podjął decyzję, o jakiej nikt tutaj poważnie nie myślał, i równie szybko zniknął za zasłoną tłoczącego się gęsto dymu. Wydawało mu się, że trafił do piekła, do jego  przedsionków. Miał wrażenie, że z każdym krokiem jakby coraz bardziej przybliżał się do wrót czeluści. Im cieplej się robiło tym głośniejszy był płacz dziecka, a to go mobilizowało, odganiało złe myśli o śmierci w płomieniach, przyciągało go w dziwny sposób każąc wchodzić coraz wyżej i wyżej. Tak, odkrył teraz, że męska decyzja o ratowaniu dziecka w połowie należało do niego, że ten szaleńczy bieg zasilany niezwykłą dawką adrenaliny wywołany był cudzą ingerencją, jak gdyby czyjeś prośby rozbrzmiewały jego głosem, gdzieś głęboko w nim. Hipnotyzowały go.
I uszło z niego męstwo, cała napędzająca go chemia, dopadł go strach zwykłego, śmiertelnego człowieka, który znalazł się pomiędzy językami płomieni, ale doszedł do punktu, z którego nie dało się zawrócić. Od dziecka dzieliła go ściana z drzwiami niestrawionymi przez ogień, z drzwiami lekko uchylonymi zapraszającymi go do środka.  Eric nie dał się długo prosić, wszedł do mieszkania o numerze 43.
To co ujrzał było widokiem jakiego się nie spodziewał, co uradowało go, a jednocześnie przeraziło, tego widoku nie umiał racjonalnie wyjaśnić. Pośrodku pokoju, w którym półki z książkami zdążyły poddać się płomieniom, leżało dziecko w ognistym okręgu. Jego duże oczy powędrowały na sylwetkę strażaka, duże bursztynowe oczy wyrażające podziękowanie.
Dziecko, którego nikt nie znał, zostało uratowane.


***


Spojrzała na kanarka, jedną z wielu atrakcji niewielkiego sklepu zoologicznego, skaczącego radośnie z drążka na drążek. Śpiewał pieśń bez większego znaczenia dla ludzi, ale ona zatrzymała się przy nim i zastanowiła się nad niskimi dźwiękami.
- Śpiewasz o wolności? – zapytała, a przez jej bursztynowe oczy przemknął blask.
Był to blask prawdziwego smutku, bowiem tak jak ten kanarek i ona czuła się uwięziona, chociaż nie potrafiła tego wyjaśnić. Czasami miała wrażenie jakby nie pasowała do tych czasów, zbyt ciężkich i obfitujących w sadyzm, gniew ludzi do ludzi, to ją odrażało.
Miała zaledwie dwanaście lat. Dwanaście lat temu ktoś porzucił ją w płonącej kamienicy, gdzie życie zaczęło się dla niej na nowo, jako dziecko uratowane z płomieni. Wiedziała o tym, pomimo tego, że osoby, które podawały się za jej rodziców, nigdy o tym nie wspomniały. Wpajali jej wielokrotnie, że świeciło słońce i wiał lekki wiatr, kiedy przychodziła na świat, ale ona pamiętała ogień, którego niespecjalnie się bała. Milczała na temat własnej wiedzy, przytakując zawsze, gdy opowiadali o cudzie jej narodzin, bo rozumiała, że tak jest dobrze, że to poprawne zachowanie, ale wciąż zadawała sobie pytanie – „dlaczego?”.
Spojrzała z uśmiechem na kanarka.
- Kiedyś podziękuję tej osobie, która wyciągnęła mnie z budynku – przemówiła do zwierzęcia. – Wiem, że przyjdzie na to czas, że będzie to konieczne, jak to, że się tam znalazłam. Tak jak ty jesteś tu, żeby podarować komuś szczęście.
Przejechała palcem po szczebelkach klatki dostrzegając kątem oka postać nieopodal akwariów z neonkami. Wyraźnie czuła, że owa osoba wpatrywała się w nią nieustannie, nie mrugnąwszy nawet okiem. Bez strachu odwróciła głowę w stronę tajemniczego gościa. Wysoki mężczyzna o szpakowatych włosach i ciemnych oczach nie wzbudzał w niej lęku. Z takim samym spokojem wewnątrz, lekkością na duszy uśmiechnęła się do niego jak przed momentem do kanarka. Podeszła bliżej wlepiając ostentacyjnie wzrok w twarz nieznajomego, nie wypowiadając żadnego słowa. W oczach dziewczynki igrały iskierki ciekawości.
- W życiu są sytuacje konieczne, które powinno się robić bez pytania „dlaczego?” – oznajmiła mężczyźnie. – Osoby, które były mi w jakiś sposób bliskie, powinny to zrozumieć? Nie zostawia się nikogo bez słowa, to nieuprzejme, ale są przecież sytuacje konieczne.
Oznajmiający ton dziewczynki brzmiał bardziej jak przekonywanie siebie, że na pytanie „dlaczego tak jest?”  nie uzyska odpowiedzi. Nie teraz, nie dziś. Jedno wiedziała, czego była pewna, mężczyzna przyszedł po nią, a ona miała pójść z nim w świat daleki i nieznany.
Nieznajomy odwzajemnił jej uśmiech nic nie odpowiadając. Wyciągnął rękę do dziewczynki, żeby mogła ją objąć własną drobną dłonią. Mężczyzna widział w niej bystrą osobę kierującą się w życiu moralnością, kogoś o naprawdę czystym sercu, jeszcze niestrawionym przez zło czające się na świecie w najskrytszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Stanowiła cenny skarb.


***


Wysokie skaliste wzgórze królujące nad lesistą doliną odkrywało przed oczami śmiałków widok, którego nie sposób było zapomnieć. Sosnowo-jodłowy las z domieszką białych brzóz oplatał wzgórze rozciągając się na cztery strony świata, miejscami przerzedzając przechodząc w szlaki dla turystów. To był wielohektarowy, nieskażony ludzką techniką płat dzikiej ziemi, w którym główną rolę odgrywał pierwotny instynkt. Iglasto-liściaste korony drzew w żywych zielonych kolorach szeleściły przy podmuchach popołudniowego wiatru, w rytmie leniwego dnia. Ptaki przedzierające się przez liście, wzbijały się w powietrze, gdzie ich skrzydła mieniły się w zachodzącym słońcu wieloma odcieniami brązu.
Na samym skraju osypującej się skalistej półki stała dziewczyna o włosach w ciepłym miodowym kolorze powiewających na delikatnym wietrze. Miała przymknięte oczy i lekko uniesioną twarz, by umykające ku zachodzie promienie słońca zdołały jeszcze ogrzać jej zimne policzki. I chociaż skórę miała bladą i zimną nie odczuwała żadnego chłodu, toteż nie potrzebowała nadmiernie się rozgrzewać, ale też nie zwykła gardzić ciepłem spływającym z nieba.
Zapadła noc, dziewczyna otworzyła oczy. Bursztynowy odcień tęczówek wydawał się tlić własnym światłem wśród otaczającej ją ciemności.  Temperatura spadła, a ona pomimo skąpego ubrania, jakim była zwykła biała koszulka i cienkie materiałowe spodnie w kremowym kolorze, czuła w sobie ciepło tętniącej krwi.
Przysunęła się jeszcze bliżej krawędzi. W dole widziała pasma świateł rzucane przez latarki. Ludzie wciąż wędrowali między starymi drzewami, ale to nie stanowiło kłopotu. Nabrała głęboko powietrza po czym uniosła ręce ku górze i napięła się, jakby szykowała do skoku, następnie rozłożyła je na boki, jak skrzydła ptaka, i bezwładnie rzuciła się w dół skalistego urwiska.
Dla osób, które widziałby ją skaczącą ze skały, sytuacja wydałaby się klarowna. Młoda i zdesperowana kobieta, której życie nie było dostatecznie atrakcyjne, właśnie popełniła samobójstwo, ale czy tak naprawdę było? Spadała w dół łagodnie jak piórko, nieśpiesznie zbliżając się ku ziemi. Jej lot pozbawiony wszelakich negatywnych cech, nie wyrażał smutku ani złości, wyglądało to jak pikowanie w dół ludzkich kształtów jastrzębia. Na twarzy wypisaną miała radość, gdy przeciwstawiała się grawitacji.
Ciało dziewczyny poziomo ułożone powoli przeszło do pozycji pionowej, lot zwolnił się jeszcze bardziej. Im bliżej ziemi tym wolniej opadała, całkowicie kontrolowała całą sytuację. W końcu, mając wciąż rozłożone ręce na boki, miękko opadła na ziemię wypuszczając z płuc nabrane przed skokiem powietrze.  Otworzyła oczy i obadała wzrokiem sosnowy las, ciemny i przerażający.
Na jej twarzy rysowało się teraz lekkie zmęczenie, jak gdyby akcja z pozornym lotem wyssała z niej całą energię. Zagarnęła włosy w niechlujnego kucyka i nie bacząc na to jak szaleńczo biło jej serce ruszyła w głąb huczącej puszczy prowadzona przez czujne spojrzenia zwierząt.
Marsz wydawał się niekończącą podróżą po bezkresnej dolinie alternatywnego świata. Nocą nawet najpiękniejsze za dnia miejsce stawało się siedliskiem demonów i zjaw, które gnieździły się w każdej zbłąkanej duszy i wychodziły na żer w czasie jej słabości. Tak było i teraz. Zjawiskowy mieszany las, który zachwycał przy blasku słońca i radował oczy, kiedy oglądało się go z wysoka, w tym momencie napełniał dziewczynę lękiem przed nieznanym. „Tylko głupiec nie bałby się ciemności”, pomyślała, spuszczając wzrok na ścieżkę, którą podążała.
Nie była to jej pierwsza wyprawa, nie ostatnia. Przychodzić tu miała jeszcze wiele razy, ale rozumiała, że pomimo tego niepokojącego krajobrazu, złowrogich dźwięków i cieni przemykających między drzewami, była tu bezpieczna. Ponieważ nie zwiastun śmierci odkrywał jej słabości, nie strach przed drogą na drugą stronę eksponował jej najsłabsze punkty, to ludzie przyprawiali ją o mdłości i uczucie niepokoju. Ich naiwność, ich pycha, ich dążenie do władzy, dążenie do odkrycia sekretów, które na wieki powinny być pogrzebane poza ich świadomością. Rozumiała, że dla nich nigdy nie będzie człowiekiem i to napędzało w niej machinę strachu.
U kresu podróży jasnowłosej dziewczyny stała drewniana chata. Nie zachęcała wyglądem do wejścia, wydawała się być centrum, sercem całego leśnego zła, ale demony tu nie żyły ani żadne zjawy. Zatem chata była zwykłą kryjówką w głębi lasu, gdzie nikt o zdrowych zmysłach nie szukałby takiego miejsca.
Otworzyła wyjątkowo ciężkie drzwi. Chata drewniana tylko z zewnątrz okazała się masywną budowlą zamykaną na zestaw wielu kluczy. Wewnątrz panował mrok, przeszywająca na wylot ciemność, przez jaką ludzki wzrok nie potrafił się przebić, ale dla niej nie stanowiła jakiejkolwiek zapory przed widzeniem. Dziewczyna poruszała się po pomieszczeniach nadzwyczaj zgrabnie. Nie potknęła się o żaden przedmiot ani nie zderzyła się z żadną ścianą w czasie przemykania między pokojami. Wykonywała czynności jak zakazany rytuał pod osłoną ciemności. Szukała, przestawiała, otwierała, ot najprawdziwsza rutyna, która weszła jej w krew, zwykła codzienność.
Wyglądało jakby przygotowywała się do czegoś ważnego, pomimo mroku przetaczającego się w powietrzu, na jej twarzy dostrzec można było pełne skupienie. W pokoju naprzeciw wejścia do chaty otworzyła szafę wyciągając z niej trzy kufry. Chociaż przedmioty wyglądały na ciężkie i równie ciężko sunęły po posadce, dziewczyna ani na moment nie zatrzymała się, by nabrać tchu czy otrzeć kropelki potu. Sprawiała wrażenie pełnej sił i werwy, mimo skoku ze skały, podróży przez las i siłowania się z rzeczami, które wyglądały na zbyt ciężkie jak dla jej bodowy. Po przeciągnięciu kufrów do pokoju zwanego przez ludzi „salonem” sięgnęła do kieszeni, gdzie znajdował się kolejny zestaw kluczy. Trzykrotne szczęknięcie zamków oznaczało, że tajemnicze przedmioty zostały otwarte.
Podeszła do kominka, gdzie miała rozpalić ognisko, posługując się kawałkami suchego drewna i paczką zapałek. Ogień zaiskrzył, ciepło napłynęło do chaty wraz z jasnością w ciepłych żółto-pomarańczowych kolorach. Dziewczyna rozłożyła wełniany kocyk tuż przed źródłem żaru i ułożyła na nim pięć dużych przedmiotów, które mogły przywodzić na myśl jaja. Czy były nimi? Zdecydowanie większe od najokazalszych strusich jaj, chropowate i ciemne jak wulkaniczna gleba.
Usiadła tuż za nimi, doglądając ich uważnie. Trzaski ognia, wypełniające ciszę, zagłuszone zostały przez melodyjny śpiew dziewczyny. Delikatny głos, miękki i usypiający, wyśpiewywał starą kołysankę, jakby miał utulić do snu niewidzialne dziecko.
Jedno z jaj drgnęło, poruszyło się niespokojnie, dziewczyna śpiewała dalej, a podrygiwania przedmiotu w końcu ustały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz