Dziecko uratowane z płomieni
Nad miastem unosiła się ciężka chmura
przysłaniająca piękno błękitnego nieba. I wbrew temu, co wielu mogło z was
sądzić, nie zwiastowała ona deszczu, nie zwiastowała burzy ani nawet śniegu,
była bowiem kłębem duszącego dymu wydobywającego się z płonącej niczym zapałka
kamienicy pomiędzy ulicą Keene a Eversona. W tej okrytej złą sławą dzielnicy
biedy i rozpusty, dlatego nikogo nie zdziwiło, że płonie budynek, że coś złego
się dzieje, bo w końcu co mogło dziać się w złej dzielnicy? „Na pewno nic
dobrego”, rzekłoby wielu, chociaż to krzywdząca opinia, ponieważ nie każdy był
tutaj zepsuty jak te dzieci z rozbitych rodzin błąkające się po zmroku z
butelkami alkoholu w dłoniach, stanowiące wizytówkę tego miejsca.
Tłum ludzi zebrał się wokół
spoglądając jak z masywnych wozów strażackich tryskają strumienie wody tak
silne, że języki płomieni słaniały się przed nimi wchodząc głębiej w korytarze,
skąd próbowały wyjść na zewnątrz, żeby dosięgnąć kolejnego budynku pełnego
tajemnic, sekretów, złamanych obietnic o lepszym jutrze. Walka była ciężka, a
akompaniowała jej smutna muzyka, jęki ludzi, którym w tym momencie świat się
zawalił, ich niewielki świat, który wypełniała radość z małych rzeczy, drobnych
sukcesów, które gwarantowały pozorne szczęście. Wszystko co mieli spoczęło w
rozgrzanej wodzie, w zniszczonych doszczętnie mieszkaniach bez drzwi.
Wydawało się, że to już był koniec
tragedii, że po spalonym dorobku nie dało się stracić już nic więcej, że
szczęściem był fakt, że nie zginął żaden z mieszkańców, ale coś przedarło się
przez natężający się hałas.
- Słyszę płacz dziecka! – wykrzyczał
jeden ze strażaków tak głośno, że od napięcia zabolała go szyja. – Tam jest
dziecko!
Powtórzy nawoływania zbierając na
siebie zszokowane spojrzenia mieszkańców. I zaczęły się rozmowy, domysły,
teorie niemal spiskowe. „Przecież tam nie było żadnego dziecka, nikt nie miał
niemowlęcia”, rozbrzmiały głosy. Każdy wodził niespokojnie wzrokiem po
gorejących ścianach budynku, do którego wejście mogło zwiastować śmierć. Ogień,
pomimo nieustannej walki, wciąż energicznie tańczył w korytarzach budynku, a
płacz dziecka coraz wyraźniej docierał do uszów niedowiarków. „Faktycznie tam
jest”, pomyślało wielu zebranych.
I pomimo, że nie padła żadna decyzja,
że nikt nie wydał rozkazu, bo chociaż życie nieznanego dziecka było ważne,
wysyłanie człowieka wprost w paszczę pełną ognistych zębów byłoby okrutnym
czynem, to znalazł się śmiałek, dla którego ratunek niewinnej istoty okazał się
ważniejszy niż jego własne życie.
Eric Peyton wykazał się prawdziwym
męstwem, gdy w ułamku sekundy podjął decyzję, o jakiej nikt tutaj poważnie nie
myślał, i równie szybko zniknął za zasłoną tłoczącego się gęsto dymu. Wydawało
mu się, że trafił do piekła, do jego przedsionków. Miał wrażenie, że z
każdym krokiem jakby coraz bardziej przybliżał się do wrót czeluści. Im cieplej
się robiło tym głośniejszy był płacz dziecka, a to go mobilizowało, odganiało
złe myśli o śmierci w płomieniach, przyciągało go w dziwny sposób każąc
wchodzić coraz wyżej i wyżej. Tak, odkrył teraz, że męska decyzja o ratowaniu
dziecka w połowie należało do niego, że ten szaleńczy bieg zasilany niezwykłą
dawką adrenaliny wywołany był cudzą ingerencją, jak gdyby czyjeś prośby
rozbrzmiewały jego głosem, gdzieś głęboko w nim. Hipnotyzowały go.
I uszło z niego męstwo, cała
napędzająca go chemia, dopadł go strach zwykłego, śmiertelnego człowieka, który
znalazł się pomiędzy językami płomieni, ale doszedł do punktu, z którego nie
dało się zawrócić. Od dziecka dzieliła go ściana z drzwiami niestrawionymi
przez ogień, z drzwiami lekko uchylonymi zapraszającymi go do środka.
Eric nie dał się długo prosić, wszedł do mieszkania o numerze 43.
To co ujrzał było widokiem jakiego
się nie spodziewał, co uradowało go, a jednocześnie przeraziło, tego widoku nie
umiał racjonalnie wyjaśnić. Pośrodku pokoju, w którym półki z książkami zdążyły
poddać się płomieniom, leżało dziecko w ognistym okręgu. Jego duże oczy
powędrowały na sylwetkę strażaka, duże bursztynowe oczy wyrażające
podziękowanie.
Dziecko, którego nikt nie znał,
zostało uratowane.
***
Spojrzała na kanarka, jedną z wielu
atrakcji niewielkiego sklepu zoologicznego, skaczącego radośnie z drążka na drążek.
Śpiewał pieśń bez większego znaczenia dla ludzi, ale ona zatrzymała się przy
nim i zastanowiła się nad niskimi dźwiękami.
- Śpiewasz o wolności? – zapytała, a
przez jej bursztynowe oczy przemknął blask.
Był to blask prawdziwego smutku,
bowiem tak jak ten kanarek i ona czuła się uwięziona, chociaż nie potrafiła
tego wyjaśnić. Czasami miała wrażenie jakby nie pasowała do tych czasów, zbyt
ciężkich i obfitujących w sadyzm, gniew ludzi do ludzi, to ją odrażało.
Miała zaledwie dwanaście lat.
Dwanaście lat temu ktoś porzucił ją w płonącej kamienicy, gdzie życie zaczęło
się dla niej na nowo, jako dziecko uratowane z płomieni. Wiedziała
o tym, pomimo tego, że osoby, które podawały się za jej rodziców, nigdy o tym
nie wspomniały. Wpajali jej wielokrotnie, że świeciło słońce i wiał lekki
wiatr, kiedy przychodziła na świat, ale ona pamiętała ogień, którego
niespecjalnie się bała. Milczała na temat własnej wiedzy, przytakując zawsze,
gdy opowiadali o cudzie jej narodzin, bo rozumiała, że tak jest dobrze, że to
poprawne zachowanie, ale wciąż zadawała sobie pytanie – „dlaczego?”.
Spojrzała z uśmiechem na kanarka.
- Kiedyś podziękuję tej osobie, która
wyciągnęła mnie z budynku – przemówiła do zwierzęcia. – Wiem, że przyjdzie na
to czas, że będzie to konieczne, jak to, że się tam znalazłam. Tak jak ty
jesteś tu, żeby podarować komuś szczęście.
Przejechała palcem po szczebelkach
klatki dostrzegając kątem oka postać nieopodal akwariów z neonkami. Wyraźnie
czuła, że owa osoba wpatrywała się w nią nieustannie, nie mrugnąwszy nawet
okiem. Bez strachu odwróciła głowę w stronę tajemniczego gościa. Wysoki
mężczyzna o szpakowatych włosach i ciemnych oczach nie wzbudzał w niej lęku. Z
takim samym spokojem wewnątrz, lekkością na duszy uśmiechnęła się do niego jak
przed momentem do kanarka. Podeszła bliżej wlepiając ostentacyjnie wzrok w twarz
nieznajomego, nie wypowiadając żadnego słowa. W oczach dziewczynki igrały
iskierki ciekawości.
- W życiu są sytuacje konieczne,
które powinno się robić bez pytania „dlaczego?” – oznajmiła mężczyźnie. –
Osoby, które były mi w jakiś sposób bliskie, powinny to zrozumieć? Nie zostawia
się nikogo bez słowa, to nieuprzejme, ale są przecież sytuacje konieczne.
Oznajmiający ton dziewczynki brzmiał
bardziej jak przekonywanie siebie, że na pytanie „dlaczego tak jest?” nie
uzyska odpowiedzi. Nie teraz, nie dziś. Jedno wiedziała, czego była pewna,
mężczyzna przyszedł po nią, a ona miała pójść z nim w świat daleki i nieznany.
Nieznajomy odwzajemnił jej uśmiech
nic nie odpowiadając. Wyciągnął rękę do dziewczynki, żeby mogła ją objąć własną
drobną dłonią. Mężczyzna widział w niej bystrą osobę kierującą się w życiu
moralnością, kogoś o naprawdę czystym sercu, jeszcze niestrawionym przez zło
czające się na świecie w najskrytszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Stanowiła
cenny skarb.
***
Wysokie skaliste wzgórze królujące
nad lesistą doliną odkrywało przed oczami śmiałków widok, którego nie sposób
było zapomnieć. Sosnowo-jodłowy las z domieszką białych brzóz oplatał wzgórze rozciągając
się na cztery strony świata, miejscami przerzedzając przechodząc w szlaki dla
turystów. To był wielohektarowy, nieskażony ludzką techniką płat dzikiej ziemi,
w którym główną rolę odgrywał pierwotny instynkt. Iglasto-liściaste korony
drzew w żywych zielonych kolorach szeleściły przy podmuchach popołudniowego
wiatru, w rytmie leniwego dnia. Ptaki przedzierające się przez liście, wzbijały
się w powietrze, gdzie ich skrzydła mieniły się w zachodzącym słońcu wieloma
odcieniami brązu.
Na samym skraju osypującej się
skalistej półki stała dziewczyna o włosach w ciepłym miodowym kolorze
powiewających na delikatnym wietrze. Miała przymknięte oczy i lekko uniesioną
twarz, by umykające ku zachodzie promienie słońca zdołały jeszcze ogrzać jej
zimne policzki. I chociaż skórę miała bladą i zimną nie odczuwała żadnego
chłodu, toteż nie potrzebowała nadmiernie się rozgrzewać, ale też nie zwykła gardzić
ciepłem spływającym z nieba.
Zapadła noc, dziewczyna otworzyła
oczy. Bursztynowy odcień tęczówek wydawał się tlić własnym światłem wśród
otaczającej ją ciemności. Temperatura spadła, a ona pomimo skąpego
ubrania, jakim była zwykła biała koszulka i cienkie materiałowe spodnie w
kremowym kolorze, czuła w sobie ciepło tętniącej krwi.
Przysunęła się jeszcze bliżej
krawędzi. W dole widziała pasma świateł rzucane przez latarki. Ludzie wciąż
wędrowali między starymi drzewami, ale to nie stanowiło kłopotu. Nabrała
głęboko powietrza po czym uniosła ręce ku górze i napięła się, jakby szykowała
do skoku, następnie rozłożyła je na boki, jak skrzydła ptaka, i bezwładnie
rzuciła się w dół skalistego urwiska.
Dla osób, które widziałby ją skaczącą
ze skały, sytuacja wydałaby się klarowna. Młoda i zdesperowana kobieta, której
życie nie było dostatecznie atrakcyjne, właśnie popełniła samobójstwo, ale czy
tak naprawdę było? Spadała w dół łagodnie jak piórko, nieśpiesznie zbliżając
się ku ziemi. Jej lot pozbawiony wszelakich negatywnych cech, nie wyrażał
smutku ani złości, wyglądało to jak pikowanie w dół ludzkich kształtów
jastrzębia. Na twarzy wypisaną miała radość, gdy przeciwstawiała się grawitacji.
Ciało dziewczyny poziomo ułożone
powoli przeszło do pozycji pionowej, lot zwolnił się jeszcze bardziej. Im
bliżej ziemi tym wolniej opadała, całkowicie kontrolowała całą sytuację. W
końcu, mając wciąż rozłożone ręce na boki, miękko opadła na ziemię wypuszczając
z płuc nabrane przed skokiem powietrze. Otworzyła oczy i obadała wzrokiem
sosnowy las, ciemny i przerażający.
Na jej twarzy rysowało się teraz
lekkie zmęczenie, jak gdyby akcja z pozornym lotem wyssała z niej całą energię.
Zagarnęła włosy w niechlujnego kucyka i nie bacząc na to jak szaleńczo biło jej
serce ruszyła w głąb huczącej puszczy prowadzona przez czujne spojrzenia
zwierząt.
Marsz wydawał się niekończącą podróżą
po bezkresnej dolinie alternatywnego świata. Nocą nawet najpiękniejsze za dnia
miejsce stawało się siedliskiem demonów i zjaw, które gnieździły się w każdej
zbłąkanej duszy i wychodziły na żer w czasie jej słabości. Tak było i teraz. Zjawiskowy
mieszany las, który zachwycał przy blasku słońca i radował oczy, kiedy oglądało
się go z wysoka, w tym momencie napełniał dziewczynę lękiem przed nieznanym.
„Tylko głupiec nie bałby się ciemności”, pomyślała, spuszczając wzrok na
ścieżkę, którą podążała.
Nie była to jej pierwsza wyprawa, nie
ostatnia. Przychodzić tu miała jeszcze wiele razy, ale rozumiała, że pomimo
tego niepokojącego krajobrazu, złowrogich dźwięków i cieni przemykających
między drzewami, była tu bezpieczna. Ponieważ nie zwiastun śmierci odkrywał jej
słabości, nie strach przed drogą na drugą stronę eksponował jej najsłabsze
punkty, to ludzie przyprawiali ją o mdłości i uczucie niepokoju. Ich naiwność,
ich pycha, ich dążenie do władzy, dążenie do odkrycia sekretów, które na wieki
powinny być pogrzebane poza ich świadomością. Rozumiała, że dla nich nigdy nie
będzie człowiekiem i to napędzało w niej machinę strachu.
U kresu podróży jasnowłosej dziewczyny
stała drewniana chata. Nie zachęcała wyglądem do wejścia, wydawała się być
centrum, sercem całego leśnego zła, ale demony tu nie żyły ani żadne zjawy.
Zatem chata była zwykłą kryjówką w głębi lasu, gdzie nikt o zdrowych zmysłach
nie szukałby takiego miejsca.
Otworzyła wyjątkowo ciężkie drzwi. Chata
drewniana tylko z zewnątrz okazała się masywną budowlą zamykaną na zestaw wielu
kluczy. Wewnątrz panował mrok, przeszywająca na wylot ciemność, przez jaką
ludzki wzrok nie potrafił się przebić, ale dla niej nie stanowiła jakiejkolwiek
zapory przed widzeniem. Dziewczyna poruszała się po pomieszczeniach nadzwyczaj
zgrabnie. Nie potknęła się o żaden przedmiot ani nie zderzyła się z żadną
ścianą w czasie przemykania między pokojami. Wykonywała czynności jak zakazany rytuał
pod osłoną ciemności. Szukała, przestawiała, otwierała, ot najprawdziwsza
rutyna, która weszła jej w krew, zwykła codzienność.
Wyglądało jakby przygotowywała się do
czegoś ważnego, pomimo mroku przetaczającego się w powietrzu, na jej twarzy dostrzec
można było pełne skupienie. W pokoju naprzeciw wejścia do chaty otworzyła szafę
wyciągając z niej trzy kufry. Chociaż przedmioty wyglądały na ciężkie i równie
ciężko sunęły po posadce, dziewczyna ani na moment nie zatrzymała się, by
nabrać tchu czy otrzeć kropelki potu. Sprawiała wrażenie pełnej sił i werwy,
mimo skoku ze skały, podróży przez las i siłowania się z rzeczami, które
wyglądały na zbyt ciężkie jak dla jej bodowy. Po przeciągnięciu kufrów do
pokoju zwanego przez ludzi „salonem” sięgnęła do kieszeni, gdzie znajdował się
kolejny zestaw kluczy. Trzykrotne szczęknięcie zamków oznaczało, że tajemnicze przedmioty
zostały otwarte.
Podeszła do kominka, gdzie miała
rozpalić ognisko, posługując się kawałkami suchego drewna i paczką zapałek.
Ogień zaiskrzył, ciepło napłynęło do chaty wraz z jasnością w ciepłych
żółto-pomarańczowych kolorach. Dziewczyna rozłożyła wełniany kocyk tuż przed
źródłem żaru i ułożyła na nim pięć dużych przedmiotów, które mogły przywodzić
na myśl jaja. Czy były nimi? Zdecydowanie większe od najokazalszych strusich
jaj, chropowate i ciemne jak wulkaniczna gleba.
Usiadła tuż za nimi, doglądając ich
uważnie. Trzaski ognia, wypełniające ciszę, zagłuszone zostały przez melodyjny
śpiew dziewczyny. Delikatny głos, miękki i usypiający, wyśpiewywał starą
kołysankę, jakby miał utulić do snu niewidzialne dziecko.
Jedno z jaj drgnęło, poruszyło się
niespokojnie, dziewczyna śpiewała dalej, a podrygiwania przedmiotu w końcu
ustały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz