31 stycznia 2017

Rozdział I

Legendy spod rarógowego pióra


- A wszystko zaczęło się w paleolicie – oznajmiła kobieta modulując głos, nadając swojej wypowiedzi swoistej tajemniczej otoczki.
Na kolanach rozłożoną miała grubą księgę w skórzanej oprawie. Skóra niemal szmaragdowo-zielona wyglądała na zdartą z jakiegoś jaszczura, a drobne łuski miejscami ukazywały, jak stary był to przedmiot. Pierwsza strona owej tajemniczej książki nosiła tytuł napisany starannie prowadzonymi literami, a brzmiał on „Żar-Ludzie, legendy spod rarógowego pióra”.
Wokół kobiety zgromadziły się dzieci. Nieliczna grupka rumianych na twarzy dziewczynek i chłopców, zawierała raptem siedmioro maluchów w przedziale wiekowym nie mniejszym niż pięć, a nie większym niż jedenaście lat. Wszystkie tak samo zaciekawione tym, co opowiedzieć miała im za moment kobieta, siedziały w milczeniu, od czasu do czasu lekko wiercąc się na chłodnej posadzce.
Bonita Habsburg posiadała dar. Potrafiła skupić na sobie uwagę nawet najbardziej rozkojarzonych dzieci, szukających wymówek, by uniknąć obowiązków, które wolały zamienić na zabawę. Wystarczyło jedno zdanie, nawet mało znaczące słowo, a oczy najmłodszych mieszkańców wędrowały na jej usta  w kolorze dojrzałych wiśni, zawsze ciepło uśmiechające się do nich. Sprawiała wrażenie dobrej wróżki.
- Wyobraźcie sobie epokę, w której ludzie obcowali ze stworzeniami dużymi i groźnymi! – Bonita przerwała zalegającą między nią a grupą słuchaczy ciszę i rozpoczęła opowieść zawartą w księdze z jaszczurzej skóry. – Wielkie mamuty przemierzały ziemię skutą grubą warstwą lodu. Środowisko było nieprzyjazne dla ludzi, zagrożenie czyhało z każdej możliwej strony. Śmierć byłą nieodłącznym elementem życia utworzonych społeczności, a każdej śmierci towarzyszył smutek.
Jak mamuty, na które polowano przeżywały straty bliskich ze stada, tak ludzie z ciężkością godzili się z tym, że odchodzili ich towarzysze. Największy żal odczuwali, kiedy umierały dzieci, małe i bezbronne istoty, którym nie dane było zobaczyć jaki świat jest. A jak wiecie, drogie szkraby, żal i smutek za bliskimi zmuszał ludzi do sięgania po radykalne środki.  
I wyobraźcie sobie raz jeszcze wielkie włochate mamuty, jako masywne lądowe bestie, i górujące nad nimi jeszcze większe złoto-rdzawe ptaki. Były smukłe, długoszyjne, z równie długimi kończynami, a ich ogony wyglądały, jakby tlił się na nich ogień, tak pióra mieniły się w słońcu. Niesamowite, nie?
A słyszeliście o feniksach? Tych mitycznych stworzeniach zdolnych do odradzania się z popiołów? A gdybym tak powiedziała wam, że owo wspomniane ptaki, Rarógi, bo tak je nazywamy, mogły odradzać się na nowo z własnych popiołów? Tak, to wydaje się nieprawdopodobne, a jednak jest prawdą!
Kiedy nastała epoka lodowcowa żadne stworzenie nie było bezpieczne, nawet te, które zdawały się być nieśmiertelne. Dla Rarogów ten okres z życia ziemi okazał się za ciężki. Chłód nie pozwalał odbudowywać się nowemu życiu z popiołów wyziębionych przez zimno bijące z lodowców. Obrócone w popiół i nienarodzone na nowo nie pozostawiły po sobie śladu dla żadnego człowieka. Czy było tak na pewno?
W tamtych bezwzględnych czasach człowiek musiał być dobrym obserwatorem, musiał patrzeć i wyciągać wnioski. Im większe zwierzę tym większe zagrożenie mogło stanowić. Zatem obserwowanie rarogów  było dla człowieka czymś koniecznym. Obserwacje równały się wnioski, a wnioski ułożyły się w myśl, że Raróg równa się życie.
I tym sposobem ludzie, dzięki pomocy ognistych ptaków, oszukali bezwzględną śmierć i przywołali małe duszyczki dzieci, żeby mogło narodzić się na nowo. A działo się to w czasie, kiedy stare Rarogi spalały się we własnym żarze, który wtłaczał życia tchnienie w pozbawione witalności ciała. Tak powstali Żar-Ludzie!
Kartki księgi przewracały się wraz z postępem historii. Bonita za każdym razem pokazywała obrazki zdobiące stare, pożółkłe kartki. Wizerunek wielkiego ptaka niosącego życie przywabił największą ilość spojrzeń, chociaż rysunek nie oddawał piękna prastarego stworzenia, oczy dzieci połyskiwały wypełnione po brzegi fascynacją.


Frontowe drzwi posiadłości zamknęły się z impetem. Do środka weszła Esabell brudna i zmęczona, niezbyt skora do rozmów. Marzyła o ciepłej kąpieli i długim wypoczynku, ale kiedy dostrzegła gromadę dzieci wybiegającą z biblioteki obawiała się, że ktoś zaciągnie ją do kolejnej roboty. Coraz gorzej znosiła wizyt w chacie pośrodku obszernego lasu w miejscu, którym nazywali Doliną Runy, nieopodal wioski Athran, gdzie znajdowała się posiadłość.
Najmłodsi mieszkańcy domostwa, udając lecące Rarógi, wbiegli po schodach na piętro, na co Esabell odetchnęła z ulgą. Uniknęła właśnie niewygodnych pytań - A gdzie byłaś? - brzmiących niezwykle irytująco, kiedy umysł przemęczony minionymi wydarzeniami był nadwrażliwy na każde powtarzanie tych samych słów. Na ogół należała do miłych i cierpliwych osób, człowiek potrzebował wielkiego nakładu sił, żeby wyprowadzić ją z równowagi, ale dziś czuła, że ta granica między stoickim spokojem a furią niemal się zatarła.
Esabell podeszła do balustrady schodów, jej głowa mimowolnie zwróciła się w lewą stronę, a oczy powędrowały daleko za próg drzwi. Omiotła wzrokiem niedużych rozmiarów bibliotekę, gdzie Bonita zazwyczaj dawała lekcje historii młodemu pokoleniu. Dziewczyna dostrzegła, jak kobieta chowa cenny dla siebie przedmiot, jakim była stara księga, na najwyższą półkę, po czym opiera czoło o szafkę pełną innych pozycji.
Zbliżał się koniec pewnego okresu w życiu Bonity, właściwie koniec jej dotychczasowego życia. Kobieta oparła się, bowiem brakowało mentorce już siły na dalsze dźwiganie ciężaru własnego ciała. Esabell nie miała śmiałości, by podejść do Habsburg, porozmawiać, była zbyt młoda na to, żeby zrozumieć co czuła Bonita zbliżająca się do krańca życia. Mogła współczuć kobiecie tylko wewnętrznie, mogła liczyć, że kiedyś zdobędzie doświadczenie, którym podzieli się z innymi. Teraz, jako że uważała to za słuszne, odeszła do swojego pokoju.
Otworzyła drzwi delikatnym ruchem. Odkąd wyruszyła w cotygodniową podróż do głębi lasu pomieszczenie pozostało bez żadnych zabezpieczeń, a każda tajemnica, jaką chowała wewnątrz, mogła być łatwym kąskiem dla wścibskich osób.  
W posiadłości nie istniało coś takiego, jak wścibstwo czy podejrzliwość. W murach spoczywało pełne zaufanie i poszanowanie prywatności, toteż zamykanie drzwi na klucz mijało się z celem.
Esabell miałam pewność, że nikt nie pokusił się o grzebanie w jej rzeczach, ale też nie obawiała się, gdyby coś takiego miało miejsce. Oprócz sekretu, jaki ukrywała przed ludźmi, ona i jej współbratymcy, była pozbawiona wszelakich tajemnic, a jej pokój stanowił nudny skrawek podłogi na drugim piętrze z łóżkiem, szafą i biurkiem. Niemniej jednak, nie ukrywałaby swojego oburzenia splugawieniem jej prywatności.

Kąpiel przeciągała się, przez ostatnie cztery godziny dziewczyna leżała nieruchomo zanurzona po szyję w niemal zimnej wodzie i kontemplowała nad monotonnością w swoim życiu. Tylko chata, ciemne jaj, powrót do posiadłości, odpoczynek, podróż do lasu i znowu tylko chata, ciemne jaja, myśli Esabell nie były pozytywne, wręcz popychały ją w otchłań obłędu.
Zamaszyste uderzanie w drzwi poruszyło dziewczyną. Oderwana na moment od świadomości z ciężkością doszła do siebie po natrętnym pukaniu.
- Esa! – wykrzyczało jedno z dzieci imieniem Magnolia. – Esa! Teraz moja kolej!
Esabell widziała oczami wyobraźni, jak naburmuszony piegusek, bo tak zwykle nazywała niesforną rudą jedenastolatkę, tupie nogą ze złości, ponieważ znowu coś nie szło po jej myśli. Blondynka uśmiechnęła się pod nosem, usiłując zrelaksować się jeszcze przez moment, ale hałas zburzył przepływ energii i cało zaczęło odczuwać zimno długo stojącej wody.
Na całe nieszczęście, Magnolia została przydzielona Esabell pod opiekę, kiedy ukończyła osiem lat. Dziewczyna nie mogła wyprzeć się tego obowiązku, bowiem był to niemały zaszczyt, nagroda za bycie odpowiedzialną młodą osobą. Wprowadzanie nowego pokolenia w sekretne życie Żar-Ludzi należało do trudnych i czasochłonnych wyzwań, które niejednokrotnie dawały korzyści w przyszłości. Tak zaczynało się wspinanie po szczeblach kariery.
Esabell powinna widzieć w młodej Magnolii kogoś, kto zaopiekuje się nią, gdy narodzi się na nowo, jako bezbronne i nieświadome niemowlę, ale problem z porozumieniem się z narowistą i kapryśną dziewczynką sprawiał jej ogromny problem. Chociaż kłopoty z czasem coraz bardziej narastały, Esabell starała się, żeby złe myśli nie przyćmiewały jej rozsądku, i pomimo ciągłej kwaśnej miny Magnolii, podchodziła do jej opieki z należytą uwagą i dbałością.
- ESA! – krzyknęła donośnie.
Drzwi do łazienki otworzyły się. Magnolia w ostatniej chwili zatrzymała rękę zdążającą do uderzenia w skrzydło. Błękitne oczy dziewczynki popatrzyły wściekle na postać opiekunki.
- Wolne – odrzekła Esabell i owinięta jedynie w ręcznik ruszyła w stronę drugiego piętra.
Czekała ją przeprawa przez całą posiadłość, a na pożegnanie usłyszała jedynie prychnięcie i trzask łazienkowych drzwi.

Zbliżała się noc, ciepła czerwcowa noc. Niebo jasne z jednej strony, ciemniejące z drugiej otuliło się chmarą połyskujących gwiazd czekając aż pojawi się księżyc, ale nastała pora nowiu i złotej tarczy niebo miało się dziś nie doczekać.
Bursztynowe oczy jarzyły się w mroku pokoju, podobnie jak ślepia polującego zwierza. Esabell podeszła do okna, przyparła czoło do szyby, oglądając zasypiającą Andorę. Wioska Athran wyglądała magicznie, oświetlona raptem paroma światłami z domów i pasem latarni z głównej ulicy, przywodziła na myśl niedostępne dla ludzi miejsce, a przecież mieściła się niespełna trzy kilometry na północ od najbliższego miasta Les Bons w parafii Encamp.
Dla Esabell odległość była wystarczająca, żeby nie czuć na sobie ciężaru ludzkich spojrzeń. Nie przeszkadzało jej również, że ilość turystów w czasie pory zimowej zwiększała się ze względu na bliskość ośrodka narciarskiego, położonego na wschód od Athran.


***


Ferreol Casparini stał na balkonie i wpatrywał się w rzekę Valira mającą swoje koryto na wprost jego osoby. Błyszcząca w słońcu woda wydawała się stosem wciąż przetaczających się diamentów, tak mocno opalizujących, że ciemne oczy mężczyzny przez moment wyglądały na niebieskie.
Stał na balkonie budynku przy ulicy Prat Salit w Andorze  odliczając niechętnie czas do rytualnego wydarzenia. Otaczające go zewsząd pasma Pirenejów nie dodawały otuchy, przytłaczając go świadomością, że zazębia się nad nim rzeczywistość, w której niebawem przyjdzie mu się pożegnać z wieloletnią znajomością, być może na zawsze.
Za rzeki dochodził natężający się huk, zlepek wielu cichszych i głośniejszych warkotów.  Mężczyzna niechętnie spojrzał na ruchliwą ulicę, gdzie samochód gnał za samochodem, zaburzając mechaniczną muzyką piękno poranka. Ferreol wyczulony dzisiejszego dnia na dźwięki nerwowo drgnął ręką w momencie przejazdu przez rondo klekotającej ciężarówki. Jednym słowem, cokolwiek by się nie działo, wszystko negatywne wpływało dziś na Caspariniego.
Czarne chmury kłębiące się nad mężczyzną nie odebrały mu całkowicie zdrowego rozsądku, dlatego w momencie uchwycenia wzrokiem nieśpiesznie idącej Esabell, jego twarz nabrała promiennego wyrazu niemalże dziecięcego i niewinnego. Usta, chociaż długo się opierały, wygięły się w końcu w uśmiech, a część ciężaru spadła z braków Ferreola, na co mimowolnie odetchną z ulgą. Wrócił do gabinetu.

Esabell nie musiała tu być, ten ciepły wiosenny dzień widniał w jej kalendarzu pod nazwą „wolne”. Esabell nie chciała tu być, wewnętrznie krzyczała rozdarta między pomiędzy pragnieniem odpoczynku a koniecznością towarzyszenia Ferreolowi w tym wydarzeniu. Ostatecznie wybrała rolę towarzyszki, nie potrafiła być obojętna wobec swojego opiekuna.
Dotarła do celu podróży. Trzypiętrowy budynek naprzeciwko rzeki znany był jako firma spedycyjno-transportowa, przynajmniej dla szerszego grona ludzi, ale to, co mieściło się na wyższych kondygnacjach nie pasowało do tego, co skrywało się w obszernych pomieszczeniach poniżej parteru.
Istniały dwa wejścia. Wejście pracownicze noszące tytuł „głównego”, którędy wchodziły osoby zajmujące się sprawami firmy i wejście tylne, poza zasięgiem wzroku zwykłych osób, gdzie dostęp mieli wyłącznie Żar-Ludzie. Chociaż forma była dobrem wszystkich mieszkańców posiadłości, jako jej główny właściciel widniał Ferreol Casparini, w którym drzemała smykałka do logistyki i tylko on korzystał z wejścia głównego.
Esabell minęła szybkim krokiem ochronę stojącą u wejścia do firmy. Młody chłopak bezpruderyjnie zerkał na nią zawsze, gdy tędy przechodziła. Jego wzrokiem  wędrując od stóp aż po same oczy niemal rozbierał dziewczynę z lekkiego odzienia chroniącego zaledwie kilka ważniejszych miejsc na ciele, a spodnie przylegające idealnie do nóg wydawały się jej własną nagą skórą. Nieświadomie kusiła.
Dziewczyna pochłonięta zadaniami przydzielonymi przez Ferreola, nie miała czasu, aby zastanawiać się nad tym, czy stanowi dla kogoś atrakcyjną kobietę. Zdawało się, że nie posiadała żadnej wiedzy na temat ludzkiej seksualności, w tym również swojej. Zamknięta w skorupie monotonności wykonywała większość czynności jak robot, któremu wgrało się odpowiednie oprogramowanie, pozbawiając siebie wszelakich przyjemności.
Zeszła schodami w dół. Stopnie oświetlone czerwonym światłem wyglądały jak naznaczona krwią droga do piekła, ale dziewczyna nie znalazła się w Tartarze po dotarciu na sam koniec. Otworzywszy drzwi nie ujrzała diabła i demonów, znalazła się na prostym szarym korytarzu, gdzie co jakiś czas w ścianach zagłębiały się drzwi. Skąd te dziwne porównanie? - pomyślała, odpędzając od siebie kłębiące się w głowie wyobrażenia płonącego piekła.
Nie często przebywała w tej skrytej pod ziemią siedzibie. Odkąd tajemnice zostały wyjaśnione, prace przydzielone nie istniał żaden powód, dla którego musiałaby się tu zjawiać, w końcu nie nadano jej tytułu „naukowiec”. Nie odczuwała jednak żalu, że przypisane zadania wydawały się mniej ważne, niż te wykonywane w tym ukrytym laboratorium. Tłumaczyła sobie zawsze, że to co robi niesie ze sobą jakiś sens, próbując przez długi okres czasu odpychać od siebie myśli, jakoby stała się tylko opiekunką kamiennych jaj.  
Za dziecka, kiedy Bonita zajmowała się wieloma sprawami, w tym badaniem starości krwi u osób kilkukrotnie narodzonych i osób wielokrotnie narodzonych, Esabell regularnie zjawiała się tu cztery razy w tygodniu na lekcjach od historii po biologię Żar-Ludzi, i w przerwach między jednym wykładem a drugim, doglądała przeprowadzanych badań w sterylnych pomieszczeniach będąc zawsze po drugiej stronie grubej szyby.
- Dawano cię tu nie było. – Esabell drgnęła po usłyszeniu głosu Ferreola.
Wyrwał ją z zamyślenia dość brutalnie, bowiem dźwięki  kroków świadczących o tym, że mężczyzna się zbliża, nie dotarły do zmysłów dziewczyny. Serce zatłukło Esabell w piersi. Od kiedy stałam się taka strachliwa? - pomyślała niepewnie spoglądając na opiekuna.  
 - Pamiętaj, że mam pracę, która jest bardziej odpowiedzialna niż wasze zabawy tutaj – oznajmiła, uśmiechając się przekornie.
- Nie zaprzeczę – dodał z uśmiechem, a w kącikach jego oczy pojawiły się kurze łapki. – Pozwól, że udamy się na miejsce.

W pomieszczeniu A-NN-O na końcu korytarza znajdowały się trzy osoby. Znana Esabell Bonita zdążyła okryć się szlafrokiem nim wraz z Ferreolem weszli do środka, dwoje pozostałych osób, znanych jedynie z przebłysków wspomnień z dzieciństwa, należało do obsady naukowców, z którymi po osiągnięciu dorosłości nie miała szansy się zapoznać.
Nieznani z imienia mężczyźni zapisywali coś na obszernych kartach, co parę chwil konsultując się z sobą.
- Badania… - mruknęła Esabell krzyżując ręce na piersiach.
  Chłodne metaliczne pomieszczenie przesycone gorącym powietrzem wyposażone było w stolik stojący pośrodku wraz z kilkoma krzesłami ustawionymi w rzędzie, a silne neonowe światło roztaczało blask rażący oczy przyzwyczajone do stonowanego oświetlenie korytarza. Esabell czuła, jakby z nocy gwałtownie przeszła w środek dnia.
Pokój o kształcie prostokąta oprócz drzwi, jakimi Esabell wraz z opiekunem przedostała się do wnętrza, posiadał kolejne przejście na wprost wszystkich zgromadzonych osób, a obok owych drzwi widniała pokaźna szyba, za którą rozciągało się małe pomieszczenie, jakby komórka na miotły.
Wydzielony i zamknięty drzwiami skrawek nie służył jako schowek na preparaty chemiczne, był swego rodzaju obserwatorium. Ustawiona na podłodze porcelanowa misa połyskiwała w świetle. Cel, w jakim została postawiona akurat tam, nie stanowił dla Esabell tajemnicy.
Cisza panująca w ogrzewanym pokoju została przerwana przez szum przesuwanych krzeseł. Esabell wraz z Ferreolem i dwojgiem naukowców usiedli wspólnie przy stoliku, a Bonita samotnie weszła do pomieszczenia. Rozpoczęło się magiczne przedstawienie.
Kobieta delikatnie wstąpiła do wnętrza porcelanowej misy, stojąc tyłem do obserwującej ją grupy, i bez wstydu zrzuciła z ciebie szlafrok. Długie ciemno brązowe włosy sięgały kobiecie do pasa oplatając częściowo ramiona.
Ceremonię przemiany z człowieka w popiół i ponownie w człowieka Esabell znała jedynie z opowieści Ferreola i Bonity, ale w ostatecznej wersji wyglądała niemal tak samo. Różnicę stanowił ból, jaki towarzyszył samospopieleniu, ale była to indywidualna cecha każdego Żar-Człowieka. Pierwsze spopielenie, jak każdy wspominał, należało do bolesnych przeżyć, co zapisywało się w pamięci na tyle głęboko, że nowo odrodzony człowiek potrafił opowiedzieć o całym przeżyciu wiele lat po odbytej ceremonii.

Przygasło mocne neonowe światło w pomieszczeniu, gdzie przebywała Esabell. Zapaliły się małe światła zamontowane w ścianach tuż za plecami obserwującej grupy, w pokoju zapanował niepokojący półmrok. Ku zaskoczeniu dziewczyny temperatura gwałtownie spadła zatrzymując się daleko na minusowych stopniach.
Zdziwienie mieszane przerażeniem pojawiło się na twarzy Esabell, która oszołomiona dziwnym zdarzeniem, błagalnym wzrokiem spojrzała na Ferreola, odczuwając coraz wyraźniej szczypiące zimno na skórze. Mężczyzna łagodnie uśmiechnął się do swojej podopiecznej, a jego spojrzenie sugerowało, że to normalna procedura. Esabell przełknęła gęstą ślinę, po czym dotknęła swojej ręki okrytej warstwą gęsiej skórki, było to dla niej niecodzienne zjawisko.
- Zrelaksuj się – wyszeptał Ferreol całkowicie niezrażony panującym w pokoju mrozem.
- Dlaczego jest tak zimno? – zapytała łamiącym się głosem.
Przez moment czuła się jak nienauczone życia dziecko, ale zerknąwszy ukradkiem na naukowców nie dostrzegła na ich twarzach drwiącego uśmiechu. 
- Szybka zmiana temperatury z wysokiej na niską zmniejsza próg odczuwanego bólu – wyjaśnił Ferreol obserwując, jak Esabell ociera dłońmi ramiona. – Nasz instytut jest jednym z najlepiej przygotowanych, przynajmniej tutaj w Europie.
 Wraz z obniżeniem temperatur w obu pomieszczeniach rozpoczęło się przeobrażanie Bonity. Kobieta drgnęła, jakby przeszedł po jej ciele dreszcz bólu. Ciężko oddychała nabierając coraz większych haustów powietrza, co zauważyła Esabell, i skojarzyła to ze zmniejszającą się powierzchnią płuc. Czyżby spopielanie zaczynało się od tego miejsca? - zastanowiła się, widząc w tym zdarzeniu coś obrzydliwego, zbyt długiego i męczącego.
Bonita nie wyglądała na starszą osobę, zauważyła Esabell, chociaż fizycznie ciało Ferreola liczyło więcej lat, to energia wypełniającą cielesną powłokę Bonity przeżyła więcej wieków niż Caspariniego. Wewnętrznie była już naprawdę starą kobietą, dlatego czas życia w człowieczym wcieleniu skracał się za każdym razem, gdy spopielała się i naradzała na nowo, za każdym razem żyła coraz krócej, umierając coraz młodziej.
Energia, jak Żar-Ludzie nazywali duszę, stanowiła ten cudowny element, który nie umierał po spopieleniu. Pomimo rozpadu całego ciała pośród popiołów tliła się jeszcze cząstka, energia, wydzielająca napięcie. Z napięcia odradzało się życie i tak historia zataczała krąg aż do kolejnego spopielenia. Im młodsza w człowieku energia, tym dłuższy czas jego egzystencji, dla Bonity oznaczało to raptem sześćdziesiąt lat życia, gdzie Esabell mogła istnieć pod obecnym wcieleniem do stu pięćdziesięciu lat.

Trwało to chwilę, ułamek sekundy. Oczy niespodziewające się kulminacyjnej sceny z ledwością zarejestrowały całe zdarzenie. Esabell niemal podskoczyła na krześle dostrzegając błysk, jakby mała bomba atomowa właśnie została zdetonowana w równie małym pokoiku.
Przepiękna błyszcząca chmura pełna jarzących się iskierek wypełniała po brzegi niewielkie pomieszczenie. Zimno ustąpiło miejsca żarowi bijącemu za szyby, w pokoju, w którym nie było już Bonity. Powoli opadające kłęby dymu coraz bardziej odsłaniały blade ściany obsypane drobinkami popiołu, aż w końcu iskrząca chmura całkowicie zniknęła, ukazując porcelanową misę.
Wewnątrz białego przedmiotu znajdowała się kupka szaro-rdzawego materiału, który przed wybuchem rozrywającym wszystko na swej drodze, tworzył ciało Bonity. Dwoje naukowców przerwało dudniącą w uszach ciszę i ruszyło ku drzwiom do małego pokoju. Wyższy mężczyzna o jasnych krótko ściętych włosach trzymał w dłoni prostokątny przedmiot. Był to najzwyklejszy ludzki wynalazek zwany woltomierzem, który sprawdzał się również przy testowaniu, czy w tej martwej kupce popiołów tli się prawdziwa energia.
Naukowiec uklęknął, ustawił odpowiedni zakres pomiarowy, przyłożył kabelki z końcówkami probierczymi do popiołu i spojrzał na wyświetlacz. Nic się nie pokazało, mężczyzna pokiwał przecząco głową w stronę Ferreola. Pomimo pierwszej negatywnej próby naukowiec przystąpił do kolejnego testu. Wetknął nieco głębiej końcówki z uwagą śledząc czy wyświetlacz nie pokazuje zmiany napięcia. Kolejny raz miał kiwnąć głową na boki, kiedy na wyświetlaczu mignęły mu cyferki. To krótkie zdarzenia wystarczyło, aby uznać, że Bonita po kolejny raz nie dała się śmierci.
Po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi na twarzy Ferreola pojawił się uśmiech, prawdziwy i szczery, uśmiech niosący ze sobą radość. Uśmiech napełniający mężczyznę ulgą. Esabell patrzyła na niego nie ukrywając zdziwienia, chociaż sama nigdy nie odczuła tego, co ludzie nazywali miłością, widząc zmęczoną oczekiwaniem postać Caspariniego zrozumiała, że darzył kobietę silnym uczuciem.  
- Spotkajmy się na zewnątrz – rzucił w stronę dziewczyny i spokojnym krokiem skierował się do pomieszczenia z misą.
Esabell poczuła się jak odrzucone ze stada stworzenie, poczuła piekącą w klatce zazdrość, czego wstydziła się przez moment, i z chaotycznymi myślami udała się nad pobliską rzekę.

Ferreol wyszedł z pokoju A-NN-O szybkim krokiem, wspiął się kilkoma susami po schodach na drugie piętro firmy i tak samo zwinnie, i niezwykle szybko, przedostał się do swojego gabinetu, trzymając przyciśniętą do piersi kartkę. Ciche i słoneczne pomieszczenie z biurkiem z dębowego drewna stanowiło oazę dla strapionego umysłu mężczyzny.
Z szuflady zamykanej na klucz wyciągnął teczkę opisaną słowami: „A-NN-O: Bonita Habsburg, kod: B_08”, obok ustawił kartkę A4, którą otrzymał od naukowca, gdzie złożył swój podpis.
Na papierze widniał ten sam tytuł, którym oznaczono teczkę oraz szczegółowe dane Bonity zawierające informacje na temat: wieku energii, wieku aktualnego, ilości odrodzeń, daty narodzenia z naznaczonego ogniem jaja, ilości lat przeżytych oraz parametry krwi, gdzie na czerwono zapisano „krytycznie stara”.
Mężczyzna przyglądnął się karcie, przeskakując wzrokiem po zawartych tutaj liczbach. Dane układały się następująco: 1006 lat, 62 lata, 9 odrodzeń, 1000 rok, co stawiało Bonitę na liście jednych z najstarszych Żar-Ludzi klasy B, gdzie zajmowała 8 pozycję. Ferreol widział w tych liczbach przykrą rzeczywistość zwiastującą zbliżający się kres jego ukochanej.
Przetarł dłonią twarz, trawiąc w sobie wszystkie negatywne emocje. Nie będzie tak źle, pomyślał, i wsunął kartę do teczki. Szuflada ponownie została zamknięta na klucz, a klucz wylądował na dnie kieszeni spodni. Mężczyzna spojrzał przez okno na siedzącą na chodniku podopieczną. W całym tym szaleństwie zapomniał, że Esabell także potrzebuje uwagi, wciąż była młoda i zagubiona.

Słońce zawiesiło się wysoko na niebie oprószonym kilkoma chmurami. Szum płynącej rzeki przeplatał się z hałasem dochodzących z ulicy, rozpoczęła się ciężka szczytowa godzina dnia. Esabell siedziała na krawężniku z twarzą wystawioną ku ognistej kuli. Lubiła wygrzewać się, wystawiać na działanie promieni tym bardziej dziś, kiedy brutalnie pokazano jej czym jest przenikliwe zimno.
Po głowie chodziły jej różne myśli, ale każda sprytnie przeradzała się w jedną dręczącą wizję obrazującą samotność. Gwałtownie otworzyła oczy, serce ponownie zabiło dziewczynie zdecydowanie szybciej niż zwykle, co działo się zdecydowanie częściej niżby tego chciała. Samotność, zwykłe słowo pustoszące ją od środka i chociaż wyrzucała je poza granice umysłu, ono wracało mocniejsze i wyraźniejsze.
- Miłość to chyba piękne uczucie? – rzekła, patrząc nieobecnie w dal.
Do dziewczyny dosiadł się Ferreol, trochę radosny i trochę smutny, jakby się nie mógł zdecydować, jaki wyraz twarzy przybrać w tym dziwnym dniu śmierci i nadrodzin. Nie odpowiedział nic na pytanie, nie wiedział czy to takie piękne uczucie, gdy kochało się kogoś kto odchodził tak szybko i nader często.
 - I co z Bonitą? – zapytała Esabell, a wzrok nadal miała zawieszony, gdzieś na szczytach gór.
- W popiele jest energia – odparł mężczyzna wzdychając. – Wykrycie energii daje sto procent sukcesu, to znak, że się odrodziła.
- Ale na twojej twarzy tego nie widać – powiedziała przerzucając wzrok z gór na mężczyznę.
- Nic nie jest pewne, Esabell – zaczął, a jego głos wydawał się stłumiony. – Teraz wszystko zależy od Bonity, czy z energii stworzy się życie, to kwestia paru dni.
- A dalej co zamierzasz? – Dziewczyna zrzuciła mrówkę, która przemierzyła połowę długości jej łydki, bała się odpowiedzi. – Jak Bonita stanie się niemowlęciem, to kto się nią zajmie?
- Nie ma co się oszukiwać, będzie słabym, bardzo słabym dzieckiem – oznajmił, czując się dziwnie mówiąc o Bonicie, jako o noworodku. – Zapewnię jej co najlepsze, czyli stałą opiekę, gdzieś w cieplejszych stronach.
- W domach odrodzeń? – Esabell lekko rozpromieniała, jakby uszczypnęła ją w policzek prawdziwa nadzieja.
Dziewczyna znała dobrze realia i zwyczaje panujące wśród Żar-Ludzi, chociaż sama przez dwanaście lat żyła według człowieczych zasad. Domy odrodzeń były miejscami, w których przywróceni do życia otrzymywali najlepszą opiekę: miłość, czułość i uwagę skupioną tylko na nich, aby w czasie dziesięcioletniego okresu nieświadomości, mogli rozwijać się w sposób prawidłowy.  
Niejednokrotnie w takich przygotowanych żłobkach, jak to określała Esabell, pracowali zaufani ludzie, kobiety z niższych sfer, mieszkający w niewielkich wioskach, odległych krajach, gdzie prawo stworzone przez człowieka nie miało takiej mocy jak w dużych i przeludnionych miastach świata. Zajmowały się dziećmi, jakby były ich własnym potomstwem, a to miało pozytywny wpływ na rozwój, czasem nawet wydłużając okres życia tak wychowywanej istoty.
 Po osiągnięciu wieku świadomości, kiedy wszystkie myśli grupowały się, wspomnienia wyostrzały, młody Żar-Człowiek przypominał sobie kim jest. Mógł wówczas zadecydować, jaką drogą chce iść dalej, czy zamierza wrócić do starych przyjaciół i trybu życia. Bywało, że odrodzony przekwalifikowywał się, wybierał inne miejsce do dalszego bytowania, inne osoby, z którymi bratał się na ten okres egzystencji.
Każdemu przynależało prawo do decydowania o swoim dalszym losie, dlatego negowano zachowania Żar-Ludzi, którzy zostawiali nowo odrodzonych pod własną opieką, niemal uzależniając ich od siebie. Zbyt głębokie uczucia, jakie mogły żywić do siebie mieszkające ze sobą osoby, potęgowały smutek i niezdrowe zachowania, odbierały rozsądek i racjonalne myślenie, przyczyniały się do wzrostu agresji.
Esabell doceniała to, że Ferreol postanowił dać Bonicie wybór, pomimo uczuć żywionych do kobiety. Ta niezwykle odważna decyzja kosztowała mężczyznę dużo wysiłku, w momencie postrzał się, jakby zapadł w sobie, co rzucało się dziewczynie w oczy. Miała ochotę pochwycić go za dłonie i rzec: to dobra decyzja, nie można być samolubnym, ale powstrzymała się.    
- Nie ma co gdybać – przerwał milczenie, wstając energicznie. – Kwestia kilku dni, a problemy się rozwiążą.
Nie pożegnawszy się z Esabell, mężczyzna ruszył w stronę wejścia na czerwone schody. Samotność otuliła dziewczynę.

1 komentarz:

  1. O rany. To opowiadanie jest świetne! Piszesz wspaniałym stylem, tworzysz piękne porównania - czytelnik cały czas ma wrażenie, że wszystko jest piękne, bajkowe, kolorowe i jakby na krawędzi jawy i snu. Czasami mam ważenie, że wkrada ci się lekki chaos, jakbyś potrzebowała dobrego redaktora, ale to pewnie kwestia doświadczenia. Masz we mnie czytelnika do grobowej deski. Zamieszczam na swoim blogu link do twojej strony, możesz również powiadamiać mnie o nowych rozdziałach - które, mam nadzieję, pojawią się wkrótce. Pozdrawiam!
    http://preludiumofwyverntrylogy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń